Anatomia sukcesu! Gdzie kończy się niepowodzenie medyczne a zaczyna błąd lekarski

Granica pomiędzy niepowodzeniem medycznym a błędem nie jest precyzyjnie wytyczona. Leczenie to nie matematyka. Pomimo najwyższej staranności ze strony lekarza, może nie udać się osiągnąć zamierzonego rezultatu w postaci wyleczenia. Taka sytuacja nie jest błędem. Dlatego wykazanie błędu lekarskiego nie jest zadaniem łatwym. Podstawowym zadaniem jest zidentyfikowanie właściwego roszczenia i jego podstawy faktycznej, a z tym bywa różnie. Niestety. Ze szkodą dla pacjentów.

Omówię dla Was sprawę dotyczącą uszkodzenia nerwu krtaniowego wstecznego podczas przeprowadzonej operacji tarczycy. Sprawa ciekawa. Nieoczywista. Dwukrotnie przegrana, niemniej ostatecznie wygrana. Sprawę na właściwy tor skierował dopiero Sąd Najwyższy.

Zgłoszone roszczenie

Pacjentka podniosła w pozwie, że podczas operacji tarczycy polegającej na całkowitym usunięciu gruczołu tarczowego (zabieg tyroidektomii – usunięcie całej tarczycy) uszkodzono jej nerw krtaniowy wsteczny wskutek niedołożenia przez lekarzy należytej staranności. Szpital zaniechał zidentyfikowania nerwów krtaniowych wstecznych.

Z tego tytułu, uznając że w sprawie doszło o błędu w sztuce lekarskiej, zażądała od szpitala 50.000 zł jako odszkodowania oraz 350.000 zł jako zadośćuczynienia. Pacjentka zażądała również renty w kwocie 2.000 zł miesięcznie oraz ustalenia odpowiedzialności na przyszłość.

Stanowisko szpitala

Szpital podniósł, że uszkodzenie nerwu krtaniowego wstecznego podczas przeprowadzonego zabiegu tyroidektomii stanowiło powikłanie, które jest typowe przy tego rodzaju zabiegach operacyjnych.

Pacjent wyrażając zgodę na zabieg medyczny bierze na siebie ryzyko zwykłych powikłań pooperacyjnych, przy założeniu, że nie zostaną one spowodowane z winy lekarza.

Stan faktyczny ustalony przez Sąd Okręgowy

W dniu 26 marca 2009 r. u pacjentki przeprowadzono zabieg operacyjny tyroidektomii – usunięcia całej tarczycy. Zabieg poprzedzało podpisanie przez pacjentkę formularza „świadomej” zgody na zabieg operacyjny. Podczas operacji napotkano na trudności w zakresie naciekania tchawicy przez guzek zlokalizowany w cieśni co skutkowało koniecznością odcięcia miąższu tarczycy od tchawicy „na ostro”. Po zakończeniu zabiegu operacyjnego u pacjentki wystąpiły duszności. Stwierdzono objawy porażenia obu nerwów krtaniowych wstecznych. Pacjentce wykonano tracheostomię oraz założono rurkę tracheotomijną, którą nosi do dzisiaj.

Przeprowadzona w 2011 r. konsultacja laryngologiczna wykazała porażenie lewej struny głosowej i niedowład prawej strony głosowej.

Co na to biegli lekarze?

Powołani w sprawie biegli (endokrynolog i laryngolog) zgodnie uznali, że uszkodzenie krtani było powikłaniem, którego ryzyko związane było z rozległością przeprowadzonego zabiegu. Wskazane następstwo zabiegu nie jest skutkiem błędu w sztuce lekarskiej.

Zdaniem biegłych jatrogenne uszkodzenie nerwów krtaniowych wstecznych nie jest traktowane jako błąd techniki operacyjnej, ale jako niezawinione powikłanie operacji wycięcia tarczycy.

Sąd Okręgowy dokonał pozytywnej oceny obu opinii stwierdzając, że są one dobrze umotywowane, ich argumentacja i wnioski są logiczne, żadna z nich nie zawiera wewnętrznych sprzeczności.

Za kluczową dla sprawy Sąd uznał opinię biegłego z zakresu chirurgii ogólnej, chirurgii klatki piersiowej i chirurgii naczyniowej. Jej zadaniem była ocena przeprowadzenia zabiegu operacyjnego. Biegły ocenił postepowanie lekarzy jako zgodne ze sztuką medyczną. Występujące u powódki skutki zabiegu biegły sklasyfikował jako powikłanie okołooperacyjne, które jest następstwem przeprowadzonego zabiegu medycznego z grupy tzw. zdarzeń niepożądanych, nie będących konsekwencją błędu medycznego.

Sąd Okręgowy oddala powództwo w całości – pacjentka przegrywa

W pierwszej kolejności Sąd poddał ocenie zarzut niepoinformowania pacjentki o powikłaniach mogących wystąpić wskutek wykonania zabiegu usunięcia całej tarczycy. Zarzut ten został uznany za niezasadny z kilku niezależnych od siebie przyczyn.

Po pierwsze, powódka własnoręcznie złożyła podpis na „świadomej” zgodzie na zabieg, z której wynika, że uzyskała informację o możliwych zagrożeniach i powikłaniach, które mogą wystąpić w przebiegu lub w wyniku operacji.

Sąd Okręgowy nie dokonał niestety w tym zakresie szczegółowych ustaleń. Z uzasadnienia wyroku nie dowiemy się, jaki był dokładny zakres udzielonych powódce informacji, a tym samym co znajdowało się na formularzu „świadomej” zgody. Wydaje się, że Sąd Okręgowy nie podszedł do kwestii zgody w sposób wystarczająco uważny.

Po drugie, kwestia informacji o możliwych zagrożeniach i powikłaniach zabiegu, w ocenie Sądu Okręgowego, ma drugorzędne znaczenie, ponieważ operacja została wykonana jako „ratująca życie”. Zdaniem Sądu, w takich okolicznościach powódka powinna była wykazać nie tylko, że nie udzieliła „świadomej” zgody na zabieg, ale również, że gdyby miała świadomość powikłań, to na zabieg by się nie zdecydowała. Taki bieg wydarzeń Sąd Okręgowy uznał za mało prawdopodobny. Brak świadomej zgody nie miał zatem – jak ocenił Sąd – wpływu na podjęcie decyzji o poddaniu się przez powódkę zabiegowi usunięcia całej tarczycy.

Tego rodzaju konkluzja Sądu Okręgowego jest dla mnie mocno kontrowersyjna. Decyzja o poddaniu się interwencji medycznej obejmuje nie tylko zgodę na wykonanie zabiegu „co do zasady”, ale również zgodę na wykonanie zabiegu w tej konkretnej placówce medycznej. W okolicznościach sprawy istotnym jest, że szpital, w którym przeprowadzono zabieg tyroidektomii nie dysponował urządzeniem do neuromonitoringu, przy pomocy którego możliwe byłoby ustalenie przebiegu uszkodzonych nerwów krtaniowych.

Dla pacjenta ma przecież znaczenie, że istnieje możliwość przeprowadzenia zabiegu medycznego w placówce medycznej dysponującej lepszym sprzętem diagnostycznym, a w ten sposób ograniczenie ryzyka powikłań, które mogą wystąpić wskutek jego przeprowadzenia.

Zawsze pacjentowi należy stworzyć warunki do podjęcia świadomej decyzji o wyrażeniu zgody na zabieg medyczny. Jest to obowiązkiem lekarza.

Ocena, iż określona szkoda jest skutkiem niepowodzenia medycznego, objętego wyłącznym ryzykiem pacjenta, wymaga niebudzących wątpliwości ustaleń odnośnie przyczyny szkody, w całym łańcuchu zdarzeń, które ją spowodowały.

Sąd Apelacyjny oddala apelację

Sąd przychylił się do dokonanej przez Sąd Okręgowy oceny dowodu z opinii biegłego, uznając wydane w sprawie opinie za wiarygodne źródło ustaleń w sprawie co do prawidłowej diagnostyki oraz leczenia powódki (wiadomości specjalne).

Sąd ten podkreślił, że z punktu widzenia biegłego z zakresu endokrynologii porażenie strun głosowych było jedynie powikłaniem tyreoidektomii i miało związek z rozległością zabiegu operacyjnego, celem którego było radykalne usunięcie dużego złośliwego guza tarczycy, nacieczonych okolicznych tkanek oraz regionalnych węzłów chłonnych.

Także biegły z zakresu laryngologii wskazał, że choć przecięcie nerwu krtaniowego nie jest normalnym następstwem dokonanej tyroidektomii, tym niemniej jego wystąpienie jest możliwe i powinno być kwalifikowane jako powikłanie prawidłowo przeprowadzonego zabiegu.

W ślad za Sądem Okręgowym ocenił opinię biegłego z zakresu chirurgii ogólnej jako kluczową dla sprawy. Biegły ten wskazał stanowczo, że uszkodzenie u powódki nerwu krtaniowego należy klasyfikować jako powikłanie okołooperacyjne, nie będące konsekwencją błędu medycznego.

W świetle powyższych opinii, Sąd Apelacyjny doszedł do przekonania, że ryzyko zabiegu dokonanego zgodnie z wiedzą i sztuką lekarską, którego niepowodzenie zostało spowodowane przyczynami związanymi z właściwościami organizmu pacjenta, obciąża w całości pacjenta.

Sąd Apelacyjny apelację oddalił w całości.

Sąd Najwyższy uchyla wyrok Sądu Apelacyjnego

Powódka nie dała za wygraną i zaskarżyła wyrok Sądu Apelacyjnego. Jak się okazało, było to bardzo dobre posunięcie.

Sąd Najwyższy wskazał, że Sąd Apelacyjny nie odniósł się szczegółowo do dwóch kluczowych zagadnień:

(1) bezpośredniej przyczyny porażenia lewego fałdu głosowego i niedowładu prawego fałdu głosowego z punktu widzenia prawidłowości przeprowadzenia zabiegu operacyjnego i przebiegu pooperacyjnego oraz

(2) identyfikacji nerwów krtaniowych wstecznych przed, w trakcie i przy zakończeniu zabiegu.

Sąd ten uznał za niewystarczające stwierdzenie Sądu Apelacyjnego, że „u powódki wystąpiły okołooperacyjne następstwa przeprowadzonego zabiegu medycznego z grupy tzw. zdarzeń niepożądanych”. Istotą sporu, jak wskazał Sąd Najwyższy, było ustalenie, czy uczyniono zadość wszystkim powinnościom, mieszczącym się w ramach starannego działania, aby ich uniknąć. Nie można przy tym poprzestać na ocenie, jak zrobił to Sąd Apelacyjny, że w odniesieniu do zabiegu ratującego życie z powodu rozległej postaci nowotworu pacjent powinien ponieść ryzyko jego niepowodzenia, zwłaszcza z uwagi na szeroki zakres i właściwości organizmu.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania.

Sąd Apelacyjny ponownie rozpoznając sprawę uwzględnia powództwo – pacjentka wygrywa

Po ponownej analizie sprawy, uwzględniając wytyczne Sądu Najwyższego, Sąd Apelacyjny doszedł do wniosku, że przeprowadzenie operacji całkowitego usunięcia gruczołu tarczowego z powodu raka brodawkowatego wymaga każdorazowej identyfikacji nerwów krtaniowych wstecznych przed, w trakcie i przy zakończeniu zabiegów. Pozwany szpital, celem wykazania, że nie doszło do błędu, powinien był udowodnić, że dochował tej standardowej, ogólnie przyjętej procedury, która pozwoliłaby uniknąć szkody. Z uwagi na znaczne braki w dokumentacji medycznej nie był w stanie tego uczynić, także dowody osobowe temu nie sprostały.

Podstawowym (lecz nie wyłącznym) dowodem okoliczności dotyczących wykonanego zabiegu operacyjnego jest dokumentacja medyczna. W interesie pacjenta, lakarza i szpitala jest aby przebieg udzielanych świadczeń zdrowotnych odwzorowany był w niej w sposób zupełny i rzetelny.

Niezależnie zatem od tego, że główny zabieg został przeprowadzone prawidłowo, okoliczności sprawy wskazują na wysokie prawdopodobieństwo zaniechania podczas zabiegu identyfikacji nerwów krtaniowych, co w tym przypadku stanowiło błąd medyczny okołooperacyjny.

Sąd Apelacyjny zasądził na rzecz powódki kwotę 200.000 zł tytułem zadośćuczynienia za krzywdę, kwotę 23.540 zł tytułem odszkodowania oraz rentę w kwocie 620 zł miesięcznie. Sąd ustalił nadto odpowiedzialność pozwanego szpitala z przyszłe skutki zdarzenia.

Istotne wnioski z analizowanej sprawy

Pierwszym wnioskiem, jaki należy wyprowadzić z tej sprawy, jest to, jak istotna dla szpitala i pacjenta jest rzetelna i zgodna z przepisami dokumentacja medyczna. Jest ona bardzo cennym źródłem informacji.

W niniejszej sprawie, gdyby w dokumentacji medycznej dokładnie opisano proces identyfikacji nerwów krtaniowych przed, w trakcie i przy zakończeniu zabiegu, a mimo tego doszłoby do ich uszkodzenia z innej przyczyny, aniżeli nieuwaga lekarza – szpital sprawę by wygrał.

Lekarze mają setki, jak nie tysiące, pacjentów – nie dziwi, że nie pamiętają konkretnego pacjenta czy też konkretnej operacji. Ich „pamięcią” jest wobec tego dokumentacja medyczna. Jeżeli nie ma w niej opisu czynności, praktycznie nie jest możliwe udowodnienie w inny sposób, że miała ona miejsce. Trudno pamiętać dokładnie, co zostało zrobione podczas operacji wykonanej jesienią 1974 r.

Prowadząc niestarannie dokumentację medyczną lekarze i szpitale same pozbawiają się możliwości skutecznej ochrony przez roszczeniami pacjentów.

Drugim wnioskiem jest to, że do błędu może dojść na każdym etapie leczenia. W tej sprawie, zaniechanie zidentyfikowania nerwów krtaniowych wstecznych doprowadziło do ich uszkodzenia. Sama operacja wycięcia tarczycy wykonana została prawidłowo. Zidentyfikowanie nerwów krtaniowych wstecznych z dużym prawdopodobieństwem mogłoby zapobiec ich uszkodzeniu. Niestety – czynności tej nie dokonano (względnie, brakowało dowodu, aby wykazać, że czynność ta została faktycznie przeprowadzona).

Dziękuję za uwagę!

Zdjęcia dzięki uprzejmości http://www.pixabay.com

KROK PO KROKU: Zakażenie pałeczką Pseudomonas aeruginosa (#1)

We wpisach zatytułowanych „Krok po kroku” omawiać będę postępy w wybranych przeze mnie sprawach, które aktualnie prowadzę. Opiszę w nich jakie czynności podejmuję w sprawie i dlaczego, jak również co udało się dzięki tym czynnościom osiągnąć. Zachęcam do systematycznego czytania publikowanych wpisów.

Zakażenie układu moczowego bakterią Pseudomonas aeruginosa

Do mojej Kancelarii trafiła ostatnio sprawa niespełna dwuletniej dziewczynki, u której stwierdzono zakażenie układu moczowego bakterią Pseudomonas aeruginosa. Nie jest to mój pierwszy kontakt z tą bakterią. Oczywiście mówię o tym w aspekcie zawodowym. Po raz pierwszy zetknąłem się z nią w sprawie, w której reprezentowałem (w zasadzie nadal reprezentuję – sprawa jest w toku) interesy pacjentki, u której stwierdzono obecność tej bakterii w ranie po wykonanej plastyce brzucha. Końca tamtej sprawy nie widać, chociaż – ku memu zdziwieniu, ponieważ nie jest to częsty widok – zakład ubezpieczeń, po sporządzonej przeze mnie reklamacji i pozyskaniu dodatkowej opinii lekarskiej, zmienił zdanie i przyznał zadośćuczynienie za krzywdę spowodowaną uszkodzeniem ciała oraz za naruszenie praw pacjenta. Sprawa dojrzewa do procesu sądowego.

Etap przedprocesowy spraw o zakażenie

W przypadku zakażeń szpitalnych nie należy się spieszyć z pozwaniem szpitala. Pozew w sprawie o zakażenie musi być bardzo dobrze przygotowany, a strategia przemyślana. Nie można tracić z pola widzenia tej okoliczności, że nie każde zakażenie, nawet spełniające definicję zakażenia szpitalnego, jest wynikiem zaniedbania. Zakażenie może być przecież zwykłym „powikłaniem”, mieszczącym się w zakresie ryzyka medycznego. Rozstrzygają indywidualne okoliczności konkretnego przypadku. Każdy detal może mieć istotne znaczenie. Dlatego trzeba maksymalnie wykorzystać możliwości, jakie daje nam etap przedprocesowy. Ja tak właśnie robię.

Na tym etapie stawiam sobie dwa zasadnicze cele.

Pierwszy cel jest oczywisty – dążę do tego aby „wygrać” sprawę już na tym etapie (bez angażowania sądu). Drugim celem jest zebranie jak największej ilości informacji, dokumentów i innych dowodów, w oparciu o które sporządzę następnie pozew lub zarekomenduję odstąpienie od jego wniesienia, gdy okaże się, że dowody nie potwierdzają, że doszło do zaniedbania.

Po pierwsze, maksymalizuje to szanse na powodzenie sprawy przed sądem, a po drugie, minimalizuje ryzyko jej przegrania i niepotrzebnego obciążenia powoda kosztami procesu (w szczególności wynagrodzeniem pełnomocnika szpitala lub zakładu ubezpieczeń, jeżeli sąd nie postanowi odstąpić od nałożenia na powoda obowiązku zwrotu kosztów procesu). Jest również przejawem należytej staranności w tego rodzaju sprawach. Trzeba unikać niepotrzebnego ryzyka.

Trudności dowodowe w sprawach o zakażenie

Sprawy o zakażenie szpitalne są specyficzne. Najczęściej nie jest możliwe wykazanie wprost i bezpośrednio, że do zakażenia doszło w ściśle określony sposób i w danym momencie. Sprawy te są niezwykle trudne, przede wszystkim dowodowo. Nie ma tu żadnego automatyzmu. Zakażenie szpitalne w sensie medycznym (wypracowane dla potrzeb monitorowania i rejestracji zakażeń) nie skutkuje automatycznym przyjęciem odpowiedzialności odszkodowawczej szpitala. Jak w każdej sprawie, to na poszkodowanym spoczywa obowiązek wykazania wszystkich przesłanek odpowiedzialności (zdarzenie, z którym ustawa wiąże obowiązek naprawienia szkody, szkodę i normalny związek przyczynowy pomiędzy tych zdarzeniem i szkodą; bezprawność i winę).

Jak zatem wykazać, że za zakażenie odpowiada akurat ta konkretna placówka medyczna?

Mam na to swoje sprawdzone sposoby, niemniej przy każdej sprawie próbuję nieco innego podejścia.

Szpital i pacjent nie startują z tego samego poziomu

Przyjrzyjmy się temu, jak wygląda sytuacja pacjenta i szpitala na najwcześniejszym etapie sporu, tj. w chwili tuż po zakończonym leczeniu, gdy pacjent dowiaduje się, że stwierdzone u niego objawy wskazują na zakażenie.

Szpital wie jaka jest jego struktura organizacyjna, jak ona funkcjonuje oraz ma pełen dostęp do wszelkiej dokumentacji, która ma znaczenie dla sprawy o zakażenie, w tym wewnętrznej dokumentacji dotyczącej stanu sanitarno-epidemiologicznego szpitala, stosowanych standardów, obowiązujących procedur higienicznych itp.

Sytuacja pacjenta jest dużo gorsza. W zasadzie pacjent ma dostęp wyłącznie do dokumentacji medycznej, na której treść nie ma wpływu. Wpisów dokonuje personel medyczny (lekarze, pielęgniarki). Personel medyczny to profesjonaliści. Nie można z góry zakładać, że dokonane przez jego przedstawicieli wpisy nie są zgodne z rzeczywistością. Mogą zdarzyć się natomiast pomyłki. Zwykłe „ludzkie” przeoczenia. Pacjent ma prawo żądać sprostowania wpisów w dokumentacji medycznej, a szpital ma prawo takiemu żądaniu odmówić, gdy uzna je za bezzasadne. Niemniej dokumentacja medyczna jest kluczowa.

Bardzo cennym dla pacjenta źródłem informacji jest regulamin organizacyjny. Jest tam zapisana struktura organizacyjna placówki medycznej wraz z zakresem obowiązków jednostek i komórek organizacyjnych odpowiedzialnych za prawidłowy stan sanitarno-epidemiologiczny szpitala (pielęgniarki epidemiologicznej, Zespołu Kontroli Zakażeń Szpitalnych, Komitetu Zakażeń Szpitalnych, pracownie kontroli jakości badań mikrobiologicznych i kontroli zakażeń szpitalnych i inne).

Krok po kroku

Jak zakomunikowałem na początku wpisu, postanowiłem, że będę informował Was na bieżąco, jakie kroki zostaną przez mnie podjęte w tej konkretnej sprawie. Krok po kroku. Aż do (mam nadzieję) korzystnego jej zakończenia dla mojej klientki. W sprawie tej zamierzam wypróbować kilka trików, o których skuteczności nie mogę aktualnie wypowiedzieć się, ponieważ wcześniej z nich nie korzystałem. Na bieżąco „udoskonalam” swój sposób na skuteczne dochodzenie roszczeń dla osób, które z winy placówki medycznej zostały zakażone bakteriami, wirusami czy pasożytami. W końcu na każdego Alcybiadesa jest (podobno) sposób.

Poznaj swojego wroga

W sprawach o zakażenie szpitalne bardzo ważnym aspektem jest doskonałe przygotowanie merytoryczne do sprawy. Na prawie się znam. Na mikrobiologii i chorobach zakaźnych jeszcze nie tak jakbym tego chciał. Wiem, że poziomu mistrzowskiego nie osiągnę nigdy, ale nie jest mi to przecież potrzebne, aby wygrywać. Każdorazowo natomiast zdobywam podstawową wiedzę na temat bakterii, z którą mam do czynienia. Moja zawodowa biblioteczka z literaturą dotyczącą mikrobiologii i chorób zakaźnych bogaci się sukcesywnie o kolejne egzemplarze. Świat mikroorganizmów jest fascynujący i przerażający zarazem.

A teraz do rzeczy!

Po pierwsze, dla potrzeb tej sprawy uzupełniam swoją wiedzę na temat bakterii Pseudomonas Aeruginosa. Wiem już, że bakteria ta nie należy do naturalnej flory bakteryjnej człowieka. Oznacza to, że pochodzi ona z zewnątrz (okresowo kolonizuje człowieka). Cenna dla mnie wiedza. Wiem również, że miejscem jej występowania jest szpital (szczególnie wilgotne środowisko szpitalne, takie jak krany, toalety, instalacja wentylacyjno-klimatyzacyjna).

Po drugie, gromadzę informacje na temat szpitala, w którym (jak sądzę) doszło do zakażenia. Zastanawiacie się jakie to informacje? Wszystkie dostępne powszechnie lub na wniosek, a świadczące o sytuacji epidemiologicznej danej placówki medycznej.

Kilka ciekawostek o Pseudomonas aeruginosa

Ciekawą genezę ma sama nazwa bakterii. Pseudomonas pochodzi od słowa „pseudes”, które oznacza „fałszywy”, oraz słowa „monas”, co oznacza „jedność”. Nazwa odnosi się do układających się w pary komórek, które w barwieniu metodą Grama przypominają jedną komórkę.

„Aeruginosa” oznacza pełen „miedzianej rdzy” lub zieleni, co odnosi się do zielonego zabarwienia kolonii, nadawanego przez niebieski (piocyjanina) i żółty (piowerdyna) barwnik tych bakterii.

Inną znaną nazwą tej bakterii jest pałeczka ropy błękitnej.

Wiedzę o bakterii Pseudomonas aeruginosa zaczerpnąłem ze źródła: Mikrobiologia, Patrick R. Murray, Ken S. Rosenthal, Michael A. Pfaller, Wydanie 8, 2018, s. 306-312.

Pierwsze kroki w etapie przedprocesowym

Dysponuję dokumentacją medyczną z leczenia szpitalnego. Pozyskuję dokumentację medyczną z leczenia przez lekarza rodzinnego (POZ) oraz leczenia w poradniach (AOS). W każdej sprawie medycznej przed wniesieniem pozwu należy bezwzględnie pozyskać całość dokumentacji medycznej.

Zbieram informacje i dokumenty na temat sytuacji epidemiologicznej placówki medycznej, którą uznaję (wstępnie) za winną zakażenia bakterią.

Pochłaniam wiedzę na temat bakterii Pseudomonas aeruginosa.

Analizuję Regulamin Organizacyjny szpitala.

Zwrócę się o nazwę ubezpieczyciela oraz nr polisy OC szpitala.

Jeżeli kiedykolwiek będziecie mieli problem z uzyskaniem nazwy ubezpieczyciela szpitala i nr polisy OC – powołajcie się na art. 14 ust. 2 ustawy o działalności leczniczej, zgodnie z którym podmiot wykonujący działalność leczniczą (szpital) – na wniosek pacjenta – udziela niezbędnych informacji na temat zawartych umów ubezpieczenia. Gdy szpital przepis ten zignoruje – nie pozostaje nic innego jak zainteresować tym organ nadzoru nad podmiotami leczniczymi, którym jest wojewoda.

Dziękuję za poświęcony mi czas. Wkrótce kolejny wpis. Oczywiście, żeby było o czym pisać, sprawa musi ruszyć do przodu.

Ryzyko medyczne. Czy ryzyko związane z zabiegiem medycznym w całości obciąża pacjenta?

Wykonanie zabiegu medycznego bez zgody pacjenta nie powinno mieć miejsca. Jest działaniem bezprawnym, chyba że zachodzą wyjątkowe okoliczności, ale nie o tym będzie niniejszy wpis. Dzisiaj będzie o ryzyku medycznym.

Mała dygresja. Gdy miałem 19 lat wykonano u mnie zabieg polegający na wycięciu migdałków gardłowych. Pamiętam, że jeszcze na sali chorych, przed zabiegiem podano mi jakąś tabletkę. Następnie znalazłem się w innym już pokoju. Przede mną stanął lekarz i zaczął coś do mnie mówić. Pamiętam, że chciało mi się śmiać. Czułem się swobodnie, tak jakoś lekko. Czyżby „głupi Jaś”? Następnie coś podpisałem.

Teraz już wiem, że była to „świadoma” zgoda na zabieg medyczny tonsillektomii. Przy czym można polemizować, czy przy takiej chronologii zdarzeń zgoda była „świadoma”. Obyło się jednak bez powikłań.

A teraz „do brzegu”.

Czy pacjent wyrażając zgodę na zabieg medyczny bierze na siebie całe ryzyko z nim związane?

Jak zawsze, odpowiedź nie jest prosta. Spróbujmy jednak jej poszukać.

Przychylam się do tego poglądu, że pacjent wyrażając zgodę na zabieg medyczny bierze na siebie ryzyko zwykłych powikłań pooperacyjnych, przy założeniu, że nie zostaną one spowodowane z winy lekarza. Ocena, iż określona szkoda jest skutkiem niepowodzenia medycznego, objętego wyłącznym ryzykiem pacjenta, wymaga niebudzących wątpliwości ustaleń odnośnie przyczyny szkody, w całym łańcuchu zdarzeń, które ją spowodowały.

Lekarz ma obowiązek działać zgodnie z aktualną wiedzą medyczną i z należytą starannością, w każdych okolicznościach.

Powyższy wniosek stanowi podsumowanie jednego z ciekawszych, moim zdaniem, wyroków Sądu Najwyższego (w zasadzie dwóch wyroków – wyroku SN z 18 stycznia 2013 r. oraz 26 kwietnia 2016 r.). Orzeczenie to dotyka bardzo istotnego w procesach medycznych zagadnienia prawnego – kiedy mamy do czynienia z niepowodzeniem, a w jakich sytuacjach z błędem medycznym.

Ryzyko zabiegu

Wiemy, że każdy zabieg niesie za sobą określone ryzyko. Ryzyko to jest wpisane w istotę zabiegu (również ryzyko zakażenia). Z tej właśnie przyczyny odpowiedzialność lekarza nie jest odpowiedzialnością za wynik (rezultat) leczenia. Lekarz nie odpowiada również na zasadzie ryzyka. Jego odpowiedzialność jest odpowiedzialnością na zasadzie winy. W praktyce oznacza to, że lekarz ma – tak jak wskazałem wyżej – diagnozować i leczyć zgodnie z zasadami wiedzy medycznej i z należytą starannością. Jeżeli tak postępuje, a mimo tego nie udaje się pacjenta wyleczyć – lekarz wykonuje swoją pracę prawidłowo.

Podobnie jest z powikłaniami, rozumianymi, najogólniej rzecz biorąc, jako określone, nietypowe reakcje organizmu pacjenta na prawidłowo podjęty i przeprowadzony zespół czynności leczniczych (np. trudności w zatamowaniu krwawienia po wycięciu migdałka gardłowego). Jeżeli lekarz leczy zgodnie z zasadami aktualnej wiedzy medycznej i z należytą starannością, a mimo to wystąpią komplikacje – lekarz za nie odpowie (w tych okolicznościach komplikacje będą „powikłaniami”, a nie skutkiem błędu).

Zatrzymamy się teraz na chwilę nad zagadnieniem zasady odpowiedzialności cywilnej. Praktyczne znaczenie mają dwie zasady – wina i ryzyko. Różnicę pomiędzy odpowiedzialnością na zasadzie „ryzyka”, a na zasadzie „winy”, zobrazuję na poniższym przykładzie

Ryzyko

Stan pacjenta wymaga natychmiastowej operacji. Pacjent w trybie pilnym trafia na salę operacyjną. Pojawiają się problemy z intubacją. Przyczyną są nietypowe uwarunkowania twarzoczaszki. Anestezjologowi ostatecznie udaje się zaintubować pacjenta. Operacja się udaje. Pacjent ma się dobrze. Podczas intubacji dochodzi do uszkodzenia zębów. Zgoda nie była wymagana, ponieważ pacjent operowany był ze wskazań życiowych.

Czy lekarz, a w ślad za nim szpital, poniosą odpowiedzialność za uszkodzenie zębów? Operacja się udała, pacjent przeżył, niemniej uszkodzone zostały jego zęby.

Oczywiście – tak! Gdyby przyjąć zasadę ryzyka.

Podobnie będzie, jeżeli w trakcie zabiegu pacjent zostanie zakażony bakterią gronkowca złocistego. Leakrz i szpital odpowiedzą za zakażenie pacjenta.

Zasada ryzyka jest najdalej idącą zasadą odpowiedzialności cywilnej. Nie bada się tutaj winy. Nie sprawdza, się czy ktoś działał z należytą starannością, czy też poniżej określonego wzorca zachowania. To czy mamy do czynienie z winą lub jej brakiem, jest prawnie obojętne. Zasada ta ma zastosowanie jedynie w szczególnych okolicznościach (np. ruch przedsiębiorstwa, ruch samochodu). Sprawy medyczne do nich nie należą (chociaż uważam, że niektóre ich rodzaje powinny – o tym też kiedyś napiszę).

Wina

Ta sama sytuacja – inna zasada.

Przyjmując zasadę winy, ani lekarz, ani placówka medyczna, nie poniosą odpowiedzialności za uszkodzenie zębów. Ale tylko wtedy, gdy procedura intubacji została przeprowadzona zgodnie z wiedzą medyczną i z należytą starannością.

Jeśli nie została – możliwe będzie postawienie zarzutu dopuszczenia się zawinionego „błędu w sztuce”, czyli przeprowadzenia intubacji niezgodnie z zasadami wiedzy medycznej, w sposób zawiniony, ponieważ polegający na zachowaniu odbiegającym od ustalonego wzorca należytej staranności wymaganego od lekarza anestezjologa, w danych okolicznościach.

Analogicznie będzie z zakażeniem bakterią gronkowca złocistego. Jeżeli lekarz postępował zgodnie z zasadami wiedzy medycznej i procedurami zapobiegającymi zakażeniom oraz z należytą starannością – nie poniesie odpowiedzialności za zakażenie szpitalne, a samo zakażenie będzie kwalifikowane, oczywiście w danych okolicznościach, jako niepowodzenie medyczne lub powikłanie prawidłowo przeprowadzonego zabiegu.

Do oceny zachowania (działania lub zaniechania) lekarza ma zastosowanie wzorzec zachowania zrekonstrukowany w oparciu o kryterium wysokiej przeciętnej staranności. 

Tyle w temacie zasad odpowiedzialności lekarza i placówki medycznej. Szczegółowo opiszę to zagadnienie w jednym z kolejnych wpisów (nadal je zgłębiam – orzecznictwo jest niezwykle bogate).

Teraz powróćmy do zagadnienia, któremu poświęcam ten wpis – „niepowodzenie medyczne”.

Ryzyko medyczne

Nawet przy postępowaniu lekarza zgodnym z aktualną wiedzą medyczną i przy zachowaniu należytej staranności, nie da się wykluczyć ryzyka powstania szkody. Orzecznictwo sądów polskich przyjmuje, że dozwolone ryzyko obejmuje swoim zakresem m.in. niepowodzenie medyczne.

Zwykle jest tak, że pacjent, poinformowany należycie o istniejącym ryzyku zabiegu medycznego, wyrażając na niego zgodę, ryzyko to przyjmuje na siebie. Oczywiście tylko wtedy, gdy zgoda na zabieg jest „prawnie skuteczna” (o tym wkrótce napiszę). Ryzyko to leży po stronie pacjenta również w sytuacji, gdy prawo dopuszcza wykonanie zabiegu medycznego bez jego zgody („stan nagły”, stan zagrożenia życia).

Czego nie obejmuje zgoda na zabieg medyczny?

Ryzyko, jakie bierze na siebie pacjent, wyrażając zgodę na zabieg medyczny obejmuje tylko zwykłe powikłania z nim związane.

Pacjent nie obejmuje zgodą żadnej postaci winy lekarza.

Zgodą nie są objęte komplikacje powstałe wskutek pomyłki, nieuwagi lub niezręczności lekarza, szczególnie gdy dochodzi do uszkodzenia innego organu, w sposób przypadkowy i niezamierzony. Okoliczności konkretnego przypadku mają znaczenie kluczowe. W grę wchodzą naprawdę detale. Każdą sytuację należy rozpatrywać indywidualnie, dlatego sprawy medyczne należą do spraw szczególnie skomplikowanych.

O czym w kolejnym wpisie?

Niniejszy wpis inspirowany jest sporem sądowym dotyczącym odszkodowania za wadliwie przeprowadzoną operację tarczycy i uszkodzenie podczas tej operacji nerwu krtaniowego.

W sporze tym zapadły aż 4 wyroki sądowe. Jakie? Kto ostatecznie zwycięża? Pacjent, czy szpital? Dowiecie się z kolejnego wpisu z cyklu CASE STUDY. Do usłyszenia.

Zdjęcie dzięki uprzejmości valelopardo / Pixabay.

Bakterie groźne nie tylko w szpitalu. „Bakteria kochająca płuca”

Czytając wyroki sądów dotyczące zakażeń trafiłem na dość nietypową, a zarazem ciekawą sprawę. Zajmował się nią Sąd Apelacyjny w Lublinie. Wygrał ją powód uzyskując na swoją rzecz 100.000 zł zadośćuczynienia. Duży sukces. Gratuluję!

Sprawa dotyczyła zakażenia pałeczką Legionella pneumophila, do którego prawdopodobnie doszło w łazience w domu powoda (przynajmniej tak ustalono). Skutkiem zakażenia było zachorowania na ciężką postać legionellozy (atypowego zapalenia płuc).

Kilka ciekawych faktów o bakterii Legionalla pneumophila

Latem 1976 r. uwaga publiczna skupiła się na epidemii poważnego zapalenia płuc, które spowodowało śmierć wielu członków Amerykańskich Legionów biorących udział w kongresie w Filadelfii. Przyczyną była nieznana dotychczas pałeczka Gram-ujemna nazwana Legionella pneumophila. Stąd nazwa choroby „Choroba legionistów” (legionelloza): ostre zapalenie płuc z gorączką, dreszczami, suchym kaszlem i bólem głowy; wraz z postępem choroby dochodzi do wielonarządowego zakażenia z zajęciem układu pokarmowego, nerkowego, wątroby i nerek.

Zakażenie bakterią Legionella pneumophila może prowadzić do ostrego zapalenia płuc z gorączką, dreszczami, suchym kaszlem i bólem głowy (legionelloza). W skrajnych przypadkach może skutkować nawet śmiercią.

Legionella – pierwsze ognisko epidemiczne wybuchło podczas kongresu Legionu Amerykańskiego.

Pneumon – oznacza płuco. Phila – kochająca. Stąd „Bakteria kochająca płuca”.

Obecnie wiadomo, że jest to bardzo powszechny, związany ze środowiskiem wodnym drobnoustrój saprofityczny. Występuje w naturalnych zbiornikach wodnych (jeziora, strumienie) oraz w wieżach chłodniczych, kondensatorach wodnych (skraplaczach) i innych systemach wodnych (np. natryski, wodne systemy grzewcze, systemy klimatyzacji) oraz ujęciach wodnych (również szpitalnych). Legionella liczy 58 gatunków i 3 podgatunki. Około połowa jest zdolna do wywoływania choroby u ludzi.

Wiedzę o bakterii Legionalla pneumophila zaczerpnąłem ze źródła: Mikrobiologia, Patrick R. Murray, Ken S. Rosenthal, Michael A. Pfaller, Wydanie 8, 2018, s. 327, s. 328 oraz s. 336-339.

Skąd pałeczka Legionelli pneumophila znalazła się w łazience powoda?

Przeprowadzone przez Sanepid dochodzenie epidemiologiczne wykazało wysokie stężenie pałeczek Legionelli pneumophila w ciepłej wodzie pobranej z instalacji w łazience powoda. Pozwoliło to postawić hipotezę (która następnie stałą się faktem), że sprawcą zakażenia była złej jakości woda dostarczona przez przedsiębiorstwo dostarczające ciepłą wodę. Skażona woda mogła natomiast (biegli tego nie wykluczyli) spowodować u powoda zapalenie płuc o ciężkim przebiegu.

Nieczyszczona i niekonserwowana instalacja wentylacyjno-klimatyzacyjna szpitala staje się siedliskiem bakterii takich jak Legionella pneumophila. W dziewięciu szpitalach (50%) w próbkach wody ciepłej stwierdzono obecność pałeczek Legionella pneumophila na poziomie przekraczającym wartość dopuszczalną („Zakażenia w podmiotach leczniczych”, Informacja o wynikach kontroli przeprowadzonej przez Najwyższą Izbę Kontroli, Warszawa, maj 2018 r.).

Linia obrony koncentrowała się na wykazaniu, że skażenie wody pałeczkami Legionelli pneumophila miało swoje źródło w instalacji wewnętrznej, a nie w sieci wodociągowej. Przedsiębiorstwo dostarczające wodę wskazało na spółdzielnię mieszkaniową, jako podmiot odpowiedzialny za stan instalacji wewnętrznej (na zasadzie: „to nie my – to oni”).

Sąd tego „nie kupił”.

Choćby dlatego, że pozwane przedsiębiorstwo ograniczyło się jedynie do podniesienia twierdzeń („to oni – nie my” i to wszystko). To zdecydowanie za mało. Każde twierdzenie przed sądem musi być udowodnione („to oni – nie my”, a wynika to – Wysoki Sądzie – z dowodu w postaci opinii biegłego na okoliczność złego stanu instalacji wewnętrznej; dorzucam jeszcze wyniki kontroli wewnętrznej, że u nas w firmie „wszystko w normie” – bakterii brak).

Podniesienie twierdzeń bez wskazania dowodów na ich potwierdzenie nie wystarczy by udowodnić swoje racje.

Biegli są „za, a nawet przeciw”.

Powołani biegli z zakresu epidemiologii i chorób płuc stwierdzili, że „nie mogli wypowiedzieć się jednoznacznie, czy stwierdzone u powoda zapalenie płuc miało bezpośredni związek z pałeczkami Legionelli znajdującymi się w ciepłej wodzie”, niemniej tego „nie wykluczyli”.

Sąd słusznie wskazał, że w sprawach „zakażeniowych” przesłanka odszkodowawcza w postaci normalnego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy zdarzeniem powodującym szkodę a szkodą nie musi być wykazana w sposób „bezpośredni” i „pewny”. Wystarczy wysoki stopień prawdopodobieństwa.

Należało zatem odpowiednio połączyć kropki:

(1) powód zachorował na ciężką postać zapalenia płuc.

(2) ciężkie zapalenie płuc wywołuje bakteria Legionelli pneumophila.

(3) stwierdzono występowanie bakterii Legionelli pneumophila w łazience powoda w ujęciu wody ciepłej.

(4) wodę dostarczyło przedsiębiorstwo dostarczające wodę.

Wskazane wyżej fakty (udowodnione) pozwoliły przyjąć wysoki stopień prawdopodobieństwa normalnego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy ruchem przedsiębiorstwa dostarczającego wodę a zachorowaniem na ciężkie zapalenie płuc i szkodą powoda.

Nie pozostaje nic innego jak zgodzić się z takim rozstrzygnięciem.

Zdjęcie dzięki uprzejmości ArtisticOperations / Pixabay.

Stan prac legislacyjnych nad obywatelskim projektem ustawy znoszącej obowiązkowe szczepienia ochronne – opinie wobec projektu

Prace nad obywatelskim projektem ustawy dotyczącym zniesienia powszechnego obowiązku szczepień ochronnych, na rzecz dobrowolności szczepień, a pozostawienia obowiązku jedynie w sytuacjach szczególnych, nabierają rozpędu. Projektu nie odrzucono w pierwszym czytaniu, tylko skierowano go do pracy w komisjach sejmowych, co miało miejsce 04 października 2018 r.

Przebieg prac legislacyjnych można śledzić na stronie http://www.sejm.gov.pldruk nr 2796. Będę się temu projektowi bacznie przyglądał i komentował na bieżąco, jak obiecałem.

Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych zwróciła się o odrzucenie projektu (stanowisko nr 22 Prezydium NRPiP z dnia 28 sierpnia 2018 r.). Projekt został oceniony w całości negatywnie.

Sąd Najwyższy nie zgłosił uwag do projektu.

Naczelna Rada Lekarska w całości negatywnie zaopiniowała procedowany projekt ustawy (stanowisko Nr 6/18/VIII NRL z dnia 31 sierpnia 2018 r.). NRL wskazała, że „według aktualnej wiedzy medycznej nie ma skuteczniejszej metody ochrony przed chorobami zakaźnymi niż poprzez szczepienia ochronne.”.

Ponownie negatywnie o projekcie Naczelna Rada Lekarska wypowiedziała się po zapoznaniu ze stanowiskiem Krajowego Konsultanta w dziedzinie zdrowia publicznego, którego zdaniem przyjęte w projekcie rozwiązania legislacyjne w zakresie szczepień ochronnych będą negatywnie oddziaływały na odporność całej populacji (stanowisko Prezydium NRL Nr 43/18/P-VIII z dnia 03 października 2018 r.).

Rada Ministrów także negatywnie zaopiniowała obywatelski projekt ustawy o zniesieniu obowiązkowych szczepień ochronnych (stanowisko z dnia 02 października 2018 r. wobec obywatelskiego projektu ustawy).

Najbardziej przyjazne obywatelskiemu projektowi ustawy było Biuro Analiz Sejmowych Kancelarii Sejmu (ocena skutków projektu z dnia 14 września 2018 r.). Biuro cały projekt uznało za „kontrowersyjny”. Postulowana zmiana w prawie mogłaby doprowadzić do zwiększenia liczby osób chorujących na choroby zakaźne oraz ryzyko wystąpienia epidemii. Zdaniem Biura „Według aktualnej wiedzy medycznej szczepienia ochronne są najskuteczniejszą ochroną przed chorobami zakaźnymi.”. Pozytywnie oceniono natomiast propozycje uszczegóławiające obowiązki lekarza przeprowadzającego badanie kwalifikacyjne przed szczepieniem oraz modyfikację zasad zgłaszania niepożądanego odczynu poszczepiennego poprzez dopuszczenie zgłoszenia osób zainteresowanych (nie tylko lekarza).

MÓJ KOMENTARZ:

Uważam, że losy projektu zostały praktycznie przesądzone. Projekt ustawy został oceniony negatywnie „co do zasady” przez wszystkie znaczące instytucje, chociaż liczę na dalszą merytoryczną dyskusję w jego sprawie.

Zastanawia mnie jedna rzecz. Żadna z instytucji oceniających projekt nie poruszyła tematu niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP) i ryzyka ich wystąpienia.

Ustawodawca – wprowadzając obowiązek szczepień ochronnych – „zabiera” nam w istocie prawo do odmowy poddania się szczepieniu. Zgoda na szczepienie udzielana jest natomiast „pod groźbą sankcji” (grzywny w celu przymuszenia). „Nie zgodzę się to będą mnie ścigać”. Każde szczepienie niesie przy tym ryzyko powikłań, niekiedy bardzo poważnych. Nie da się go uniknąć. Po prostu nie jest to możliwe. Takie są smutne fakty.

Coś mi tutaj nie gra!

Kto zatem poniesie odpowiedzialność za ewentualne negatywne skutki szczepienia?

W świetle obecnego orzecznictwa – najczęściej, stwierdzam z przykrością, osoba zaszczepiona. Ktoś jeszcze?

Wada produkcyjna szczepionki – producent?

Nieprawidłowe przechowywanie – placówka medyczna?

Błędna kalifikacja – lekarz i zatrudniająca go placówka medyczna?

A Skarb Państwa to niby nie!

A może jednak tak!

Ktoś przecież „wrzucił” na mnie obowiązek poddania się lub poddania swojego dziecka szczepieniu ochronnemu. Kto? Nie kto inny jak ustawodawca.

Uznaje się, że wyrażając zgodę na udzielenie świadczenia zdrowotnego pacjent przyjmuje na siebie ryzyko normalnych negatywnych następstw tego świadczenia (powikłanie, niepowodzenie medyczne przy prawidłowym przeprowadzeniu zabiegu). Warunkiem jest zgoda „świadoma” niczym nieskrępowanego pacjenta (swoboda dokonania wyboru jako przejaw autonomii jednostki).

Czy zatem w sytuacji, gdy pacjent nie ma prawnej możliwości dokonania wyboru, ponieważ wyboru dokonuje „za niego” ustawodawca wprowadzając obowiązek szczepień ochronnych, prawodawca (Skarb Państwa – Sejm) przejmuje na siebie ryzyko wystąpienia powikłań poszczepiennych, które w normalnych okolicznościach (nieskrępowanych przymusem i groźbą sankcji) przyjąłby na siebie pacjent?

Uważam, że tak właśnie powinno być.

Odpowiedzialność za ryzyko wystąpienia NOP powinien przejąć Skarb Państwa. Właściwą zasadą odpowiedzialności powinna być zasada „ryzyka” i domniemanie faktyczne istnienia „adekwatnego związku przyczynowo-skutkowego” przy zaistnieniu związku czasowego pomiędzy szczepieniem a wystąpieniem powikłania.

Nie wykluczam wypróbowania tej koncepcji w sporze sądowym, niemniej liczę się z tym, że sąd mógłby uznać, że do zastosowania tej koncepcji konieczna jest zmiana prawa.

Zdjęcie dzięki uprzejmości Myriams-Fotos / Pixabay.

 

Czy od uzyskanego odszkodowania, zadośćuczynienia lub odsetek należy zapłacić podatek dochodowy?

Myślę, że słowo „urząd skarbowy” budzi podobne emocje jak gronkowiec złocisty oporny na antybiotyki. Jedno i drugie nie jest mile widziane w naszych domach.

Podatki i zakażenia szpitalne. Dwa różne światy. Mają jednak wspólny mianownik – pieniądze. Odszkodowanie lub zadośćuczynienie za szkodę związaną z zakażeniem szpitalnym zwykle sprowadza się do zapłaty sumy pieniężnej przez szpital lub jego ubezpieczyciela. Niestety w życiu jest najczęściej tak, że jak coś od kogoś otrzymujesz „za coś” to w świecie podatków nazywane jest to „przychodem” (gdy coś dostajesz „za darmo” – jest to darowizną). A tam gdzie „przychód” to i „dochód”. Od dochodu natomiast płaci się podatek dochodowy. Tak sobie to ustawodawca podatkowy wymyślił.

„Rzeczą, którą najtrudniej w świecie zrozumieć, jest podatek dochodowy” – Albert Einstein.

Jeżeli w przeszłości, na podstawie prawomocnego wyroku sądu cywilnego, ugody lub decyzji zakładu ubezpieczeń, otrzymałeś zadośćuczynienie lub odszkodowanie wraz z odsetkami i nie zapłaciłeś z tego tytułu nawet jednej złotówki podatku dochodowego – możesz mieć zaległość podatkową.

Dlaczego tak może być – dowiesz się z niniejszego wpisu.

Wyjaśnię to Wam na podstawie pewnego przykładu. Taka forma wydaje mi się najlepsza.

Przykład nr 1

Poszkodowany wskutek zakażenia szpitalnego bakterią gronkowca złocistego MRSA otrzymał od zakładu ubezpieczeń – na podstawie zawartej z nim ugody, której podstawą była umowa ubezpieczenia majątkowego (odpowiedzialności cywilnej) – 33.000 zł tytułem odszkodowania (koszty leczenia, rehabilitacji), 180.000 zł zadośćuczynienia oraz 54.000 zł jako odsetki za opóźnienie.

Przykład nr 2

Prawomocnym wyrokiem sądowym zasądzono od szpitala na rzecz poszkodowanego wskutek zakażenia szpitalnego bakterią gronkowca złocistego MSSA kwotę 15.000 zł tytułem odszkodowania (koszty leczenia, rehabilitacji), 78.000 zł zadośćuczynienia oraz 17.000 zł jako odsetki za opóźnienie.

Skutki w podatku dochodowym od osób fizycznych

Każda otrzymana przez poszkodowanego kwota stanowi jego przychód. Nie jest to jednak równoznaczne z opodatkowaniem podatkiem dochodowym.

W przykładzie nr 1 zarówno odszkodowanie (33.000 zł), jak i zadośćuczynienie (180.000 zł) będą wprawdzie przychodem, jednak nie będą podlegały opodatkowaniu podatkiem dochodowym. Kwoty te są wolne od podatku. Zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych kwoty otrzymane z tytułu ubezpieczeń majątkowych i osobowych są zwolnione z podatku dochodowego (art. 21 ust. 1 pkt 4 ustawy). Dotyczy to również, moim zdaniem, odszkodowania i zadośćuczynienia przyznanego przez zakład ubezpieczeń w ramach obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej placówki medycznej.

Odsetki za opóźnienie (54.000 zł) nie są natomiast zwolnione z podatku dochodowego, dlatego będą podlegały opodatkowaniu.

Podobnie w przykładzie nr 2. Odszkodowanie (15.000 zł) oraz zadośćuczynienie (78.000 zł) również nie będą opodatkowane. Stosownie do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych wolne od podatku są inne odszkodowania lub zadośćuczynienia otrzymane na podstawie wyroku lub ugody sądowej do wysokości określonej w tym wyroku lub tej ugodzie (art. 21 ust. 1 pkt 3b ustawy).

Opodatkowaniu podlegały będą natomiast odsetki za opóźnienie (17.000 zł).

MÓJ KOMENATARZ:

Niestety, przekonanie organów podatkowych, że odsetki za opóźnienie w zapłacie odszkodowania lub zadośćuczynienia może okazać się niemożliwe. Zwolnienia podatkowe są wyjątkiem od zasady, jaką jest opodatkowanie przysporzeń majątkowych. Podlegają one ścisłej interpretacji. Nie są ani odszkodowaniem ani zadośćuczynieniem. To pewne.

Czy odsetki za opóźnienie mogą być natomiast uznane za „kwoty otrzymane z tytułu ubezpieczeń majątkowych i osobowych”, gdy są wypłacane w ramach ubezpieczenia obowiązkowego placówki medycznej?

Tutaj widzę pole do popisu.

Wprawdzie podstawą prawną przyznania odsetek za opóźnienie są zawsze przepisy ustawy (kodeksu cywilnego), a odszkodowania lub zadośćuczynienia umowa ubezpieczenia zawarta przez placówkę medyczną łącznie z przepisem ustawy przewidującym odpowiedzialność za czyn niedozwolony (np. rozstrój zdrowia wywołany zakażeniem), niemniej, po pierwsze, bez umowy ubezpieczenia nie byłoby mowy o odsetkach, stąd ich ścisły związek, a po drugie, sam ustawodawca mówi o „kwotach otrzymanych”, a nie o otrzymanym odszkodowaniu lub zadośćuczynieniu. Czy chodzi to o wszystkie kwoty otrzymane z tytułu ubezpieczeń? Czy wyłączone się z nich odsetki za opóźnienie? Przepis art. 21 ust. 1 pkt 4 ustawy różni się zasadniczo od art. 21 ust. 1 pkt 3b ustawy, stąd wniosek o wydanie interpretacji podatkowej może odnieść sukces.

Uważam, że sprawa odsetek za opóźnienie w ubezpieczeniach obowiązkowych nadaje się na rozstrzygnięcie w drodze interpretacji podatkowej. Ktoś chętny?

Grafika dzięki uprzejmości Rilsonav / Pixabay.

CASE STUDY 5: „Samozakażenie” gronkowcem złocistym MSSA – dlaczego pacjent przegrywa?

Wyrok ten zainteresował mnie szczególnie. Pierwszy raz spotkałem się z koncepcją „samozakażenia”. Wiem, brzmi dość osobliwie. Koncepcja ta pojawiła się na kanwie sprawy, w której Sąd Apelacyjny w Szczecinie oddalił apelację powoda od wyroku Sądu Okręgowego oddalającego powództwo w całości.

Słowem – przegrana!

Czym jest „samozakażenie”? O tym dowiecie się wkrótce. W sprawie tej – moim zdaniem – pominięto bardzo ważny aspekt legalności zabiegu operacyjnego – świadomą zgodę na zabieg operacyjny, na podstawie której pacjent – należycie poinformowany – przyjmuje na siebie standardowe ryzyko związane z danym zabiegiem, a nie ryzyko inne niż standardowe (np. zwiększone poprzez działanie lub zaniechanie personelu medycznego placówki medycznej).

Ryzyko, jakie przyjmuje na siebie pacjent wyrażając zgodę na zabieg nie obejmuje komplikacji powstałych wskutek pomyłki lub niezręczności lekarza.

Zachęcam do lektury mojego wpisu, w którym przybliżę jej kulisy i skomentuję wydane w sprawie orzeczenie. Jak zawsze, mój komentarz znajdziesz na końcu wpisu.

O co wnosi powód?

Powód domaga się zasądzenia 80.000 zł tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, spowodowaną rozstrojem zdrowia wskutek zakażenia go bakterią gronkowca złocistego MSSA podczas operacji chirurgicznej – alloplastyki prawego stawu biodrowego i rekonstrukcji kostnej stropu panewki. Domaga się również zasądzenia kwoty 440 zł tytułem odszkodowania

Co powód zarzuca placówce medycznej?

Powód zarzuca szpitalowi, że doprowadził do zakażenia go bakterią gronkowca złocistego MSSA podczas operacji chirurgicznej. Podnosi, że szpital nie zapewnił mu bezpieczeństwa pobytu, a do zakażenia doszło na skutek nieprawidłowo wdrożonej profilaktyki okołooperacyjnej oraz złego stanu sanitarnego szpitala.

Kiedy pojawiają się objawy zakażenia?

Objawy zakażenia w postaci intensywnego wycieku z rany ropno-krwistego pojawiają się bardzo szybko. Operacja ma miejsce 23 lipca 2010 r., natomiast wyciek pojawia się 09 sierpnia 2010 r.

Czy leczenie jest skuteczne?

Nie jest. Rozstrój zdrowia wywołany zakażeniem ma charakter przewlekły. Zakażenie jest trudne do wyleczenia z uwagi na jego lokalizację w obszarze kostno-stawowym.

Co na to biegły w wydanej w sprawie opinii?

Do zakażenia powoda bakterią gronkowca złocistego MSSA dochodzi podczas zabiegu z dnia 23 lipca 2010 r. Zakażenie ma charakter zakażenia szpitalnego w sensie medycznym. Nie oznacza to jednak, że szpital ponosi odpowiedzialność za jego spowodowanie. Gronkowiec złocisty MSSA występuje powszechnie we florze bakteryjnej każdego człowieka. Zakażenie powoda ma charakter endogenny (florą własną).

Biegli uznają, że profilaktyczne podanie antybiotyku w chwili nacięcia jest niewłaściwe i mogło zwiększyć ryzyko zakażenia „w stopniu minimalnym trudnym do jednoznacznego ustalenia”. Nie jest to jednak w ich opinii błędem, a tylko działaniem „nieoptymalnym”.

Co na to sąd pierwszej instancji?

Sąd oddala powództwo w całości opierając się na wnioskach opinii biegłych co do tego, że nieprawidłowe włączenie profilaktyki antybiotykowej „nie urasta do błędu medycznego”.

Powodowi nie udaje się udowodnić podstaw odpowiedzialności szpitala.

Sąd na podstawie zgromadzonych w aktach dowodów uznaje, że przyczyną zakażenia nie było nieprawidłowe działanie personelu szpitala, lecz „przypadek”. Do zakażenia powoda gronkowcem złocistym MSSA doszło poprzez dostanie się bakterii do rany, przy czym – zdaniem sądu – zakażenia to miało charakter „samozakażenia” (!).

Bakteria gronkowca złocistego MSSA powszechnie występuje we florze bakteryjnej każdego człowieka, w tym również skórze. Gronkowiec tego rodzaju nie jest bakterią typowo szpitalną.

Wskazane wyżej okoliczności wystarczyły Sądowi Okręgowemu do oddalenia powództwa w całości.

Co na to sąd drugiej instancji?

Sąd Apelacyjny podziela ustalenia wyroku sądu pierwszej instancji i oddala apelację.

Opierając się na opinii biegłych wskazuje, że gronkowiec złocisty MSSA, ze względu na powszechne występowanie u ludzi, jest czynnikiem endogennym. Zabieg u powoda odbył się w okolicy jałowej i był zabiegiem o najniższym wskaźniku zakażenia. Podanie antybiotyku wraz z pierwszym nacięciem nie było błędem. Nie było to jednak działanie optymalne i mogło zwiększyć ryzyko zakażenia, ale w stopniu minimalnym, trudnym do jednoznacznego ustalenia.

Podanie antybiotyku wraz z pierwszym nacięciem nie było działaniem optymalnym i mogło zwiększyć ryzyko zakażenia, ale w stopniu minimalnym, trudnym do jednoznacznego ustalenia.

Sąd stwierdza, że zgromadzone dowody nie dają podstaw do przyjęcia, że w szpitalu doszło do zaniedbań w zakresie szeroko rozumianych procedur medycznych, ewentualnie w zakresie organizacji funkcjonowania szpitala, które mogłyby skutkować przyjęciem odpowiedzialności placówki medycznej za zakażenia bakterią gronkowca złocistego MSSA.

Sąd Apelacyjny oddala apelację w całości i – jedynie częściowo – obciąża kosztami powoda.

MÓJ KOMENTARZ

Nie jestem w stanie przyjąć bez zastrzeżeń wyniku tego sporu sądowego.

Biegły w opinii wprost przecież wskazuje, że doszło do uchybienia, które mogło „zwiększyć ryzyko zakażenia”. Właśnie to jest istotą tej sprawy.

Uważam również, że opinia biegłego powinna być bardziej precyzyjna. Co to znaczy „w stopniu minimalnym”? Czy oznacza to zwiększenie ryzyka z poziomu 2% do 10%? Czy może z 2% do 2,5%?

Już na pierwszy rzut oka widać różnicę w tych dwóch sytuacjach.

Biegły wskazał, że możliwe zwiększenie stopnia zakażenia jest „trudne do jednoznacznego ustalenia”. Dlaczego nie zostaje ustalone chociażby „w przybliżeniu”? Sprawy medyczne nie wymagają „pewności”.

Literatura naukowa dokonuje klasyfikacji rany chirurgicznej i ryzyka powstania zakażenia. Ryzyko to podawane jest w % i odnoszone jest do rodzaju rany. Dlaczego zatem biegli nie podjęli próby „doprecyzowania” o ile % zwiększyło się ryzyko zakażenia wskutek nieprawidłowej antybiotykoterapii przedoperacyjnej? Być może ani sąd, ani powód, o to nie pytali.

Nie mogę również pogodzić się z tym, że w komentowanej sprawie pominięto aspekt świadomej zgody na zabieg operacyjny (być może powód nie argumentował w tym kierunku, a kwestia zgody nie była między stronami sporna).

Postaram się wyjaśnić to na poniższym przykładzie.

Sytuacja nr 1

Powód przed podjęciem zabiegu informowany jest o ryzyku infekcji, a ryzyko określane jest na „do 2 %”. Powód – poinformowany o rodzaju ryzyka i jego skali – wyraża zgodę na zabieg. Wie na co się godzi i to akceptuje.

Zabieg wykonano zgodnie z wiedzą medyczną, niemniej i tak dochodzi do zakażenia. W tych okolicznościach zakażenia jest objęte świadomą zgodą na zabieg operacyjny.

Sytuacja nr 2

Powód przed podjęciem zabiegu informowany jest o ryzyku infekcji, a ryzyko określane jest na „do 2 %”. Powód – poinformowany o rodzaju ryzyka i jego skali – wyraża zgodę na zabieg. Wie na co się godzi i to akceptuje.

Przed zabiegiem, w ramach profilaktyki okołooperacyjnej, powodowi podano antybiotyk „w chwili nacięcia” (standardy przewidują podanie antybiotyku wcześniej). Nie jest to prawidłowe. Odbiega od mającego zastosowanie standardu wynikającego z wiedzy medycznej. Zwiększyło to ryzyko zakażenia ze standardowego (2%) do podwyższonego (np. 4%).

Na to powód zgody nie wyraził.

Dlatego uważam, że w komentowanej sprawie należało więcej uwagi poświęcić świadomej zgodzie na zabieg medyczny. Biegli powinni sformułować wnioski bardziej precyzyjnie, tak aby sąd wydając wyrok dysponował informacjami (możliwie dokładnymi) o ile uchybienie w zakresie przedoperacyjnej profilaktyki antybiotykowej zwiększyły ryzyko zakażenia.

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie mojego wpisu. Zachęcam do lajkowania oraz komentowania.

Zdjęcia dzięki uprzejmości WikiImages / pixabay.com